czwartek, 21 marca 2013

Żona Beduina- Marguerite van Geldermalsen

 rok 1978, Jordania
                                                              
 
Zamiast domu połka skalna

Zamiast pokoju jaskinia

Zamiast taksówki osiołek

A jednak można być szczęśliwym

Mag jest jeszcze jednym przykładem w dziejach ludzkości, że szczęście nie zawsze odnajduje się w luksusach.

Gdy czytałam tę książkę z dzisiejszej perspektywy na początku trochę się zdziwiłam , że kobieta z cywilizowanego kraju, Nowej Zelandii zdecydowała się zamieszkać z Beduinem, co skojarzyłam trochę z zacofaniem i uwstecznieniem. 

Błąd, 

czytając tę książkę trzeba sięgnąć pamięcią do roku 1978, do realiów polskich.
Czy w latach 70-tych i na początku 80-tych były w Polsce ogólnodostępne: szkło firmy Arcoroc, kawa rozpuszczalna czy pepsi? Krucho było z takim towarem o ile dobrze pamiętam. A nasza bohaterka Mag mogła i kupowała właśnie takie towary do swojej jaskini. 

Mag była szczęściarą, ponieważ Muhammad ją pokochał, nie był pod złym wpływem rodziny, nie był fanatykiem islamu, był tolerancyjny itd. Mag nic nie pisze o zgrzytach małżeńskich, trochę to nienaturalne. Czyżby takowych nie było? 

Książka sama w sobie nie jest rewelacyjna, ale można i da się przeczytać. 


Z okładki: 

Niezwykła historia Marguerite van Geldermalsen. W 1978 roku pochodząca z Nowej Zelandii pielęgniarka została żoną Muhammada, beduińskiego sprzedawcy pamiątek w legendarnej Petrze. Zamieszkała w liczącej dwa tysiące lat jaskini w skalnym zboczu i żyła jak Beduinka. Nauczyła się arabskiego, przeszła na islam, urodziła troje dzieci i poznała brytyjską królową Elżbietę.
"Na wiadomość, że Marguerite van Geldermalsen wychodzi za Beduina, jej przyjaciele pukali się w głowę. Najspokojniej zareagowali rodzice, którzy o wszystkim dowiedzieli się z listu, który dostali dwa miesiące po ślubie".
Maria Kruczkowska "Wysokie Obcasy"
I zabrali nas z zakurzonego i hałaśliwego namiotu w niewyobrażalnie piękne miejsce. Poszłyśmy za nimi do wąwozu oddalonego o jakąś minutę drogi od obozowiska i tam trafiliśmy na ukryte w krzakach oleandrów tajne przejście do innego świata. Ręcznie kuty w skale korytarz zawiódł nas wprost do złotej doliny z piaszczystym podłożem i sterczącymi nad nią skałami. To było jak przejście przez drzwi szafy z dziecięcych baśni. Od czasu do czasu dochodził nas huk weselnych wystrzałów na wiwat, ale na ogół panowała cisza. (...) kiedy Muhammad wiódł nas poprzez skaliste, zarośnięte krzewami oleandrów kaniony, zakochałam się w nim na zabój. Nie wiem, dlaczego podczas naszego pierwszego spotkania nie zauważyłam jego delikatnego uśmiechu i zmrużenia oczu, które teraz mnie zachwycały. (...) Żadnej polityki czy filozofii: tylko cudowny mężczyzna, który zaczynał dzień od modlitwy, błagając, aby był z niego dumny nie tylko Bóg, ale także rodzice, a potem pełen radości wychodził do pracy lekkim krokiem, potrząsając frędzlami mindila. Ja natomiast robiłam to, na co miałam ochotę... Czułam się po prostu szczęśliwa.

(fragment) 







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz